Narratorka nastroju...

narratorka nastroju foto

[ tekst Waldemar Grudzień, zdjęcie Michalina Kuczyńska ]

Podczas corocznego wręczania nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej zgromadzona z tej okazji w Kodak Theatre mocno wysublimowana amerykańska widownia, po Oscarach za pierwszoplanowe role i reżyserię, oczekuje najczęściej na werdykt w kategorii „muzyka filmowa”. To jeden z ważniejszych laurów w branży, tym bardziej że w dobie powszechnie dostępnych i szybkich nośników elektronicznych, ścieżki dźwiękowe niektórych kinowych bestsellerów wyprzedzają pojawienie się samego filmu w kinach, a potem długo żyją własnym rytmem na iPodach.

Ale muzyka w kinie nie jest obecna dopiero teraz, gdy można ją mieć w każdej chwili oddzielnie ze sobą: za kierownicą samochodu, podczas zwiedzania Chińskiego Muru czy wieczorową porą na jedyną wyłączność w ciepłym łóżku. Jest tak stara, jak historia kina… o pardon, jeszcze starsza! – zastępowała przecież narrację, już chociażby w komediach slapsticowych, a potem wraz z udźwiękowieniem filmu przeżyła drugą młodość. Poszperajmy w zakamarkach pamięci, bez odwoływania się do wszystkowiedzących stron google i spróbujmy przywołać z głowy te obrazy filmowe, które nieodłącznie kojarzą nam się z muzyką. Okazuje się, że to nie jest takie trudne, tyle tego jest…

Western, kultowy amerykański gatunek filmowy, i jego włoski odpowiednik spod znaku spaghetti sygnowany nazwiskiem Sergio Leone. Dziś, gdy tylko dopadaną mnie nawet pojedyncze takty muzyki Ennio Moricone wiem, że ktoś ogląda „Za garść dolarów”, „Dobry, zły, brzydki” lub „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”. Z innej taśmy filmowej... wcześniej nigdy specjalnie nie interesowałem się operą. Śpiewany, nadmiernie udramatyzowany, teatr nie wzbudzał we mnie uczuć, nie wciągał w doznania, jakie powinien mieć świadomy odbiorca sztuki w jej świątyni. Do czasu. Gdzieś w połowie lat 70. za sprawą nieocenionych na tamte czasy „Konfrontacji” spotkałem się z… Milosem Formanem, i… Mozartem, czyli z… „Amadeuszem”. Zobrazowanie znanych przecież powszechnie utworów Mozarta, w postaci scen filmowych, pozwoliło mi wtedy odkryć ten gatunek muzyki i zakochać się w nim bez pamięci. Dziś słysząc jakąkolwiek arię, myślę o „Amadeuszu” Formana i choć wiem, że to skrzywienie, bo opera to bardzo szerokie pojęcie, nic z tym nie będę robił, niech tak zostanie. Inny twórca muzyczny, jakże inny od Formana – John Williams. Artysta ma na swoim koncie 45 nominacji do Oscara i pięć statuetek w domu, za takie hity jak: „Gwiezdne wojny”, „Lista Schindlera”, „Szczęki”, „E.T” i adaptację „Skrzypka na dachu”. Ten ostatni film to klasyczny musical, gdzie muzyka gra rolę główną, a aktorzy statystują, ale to temat na odrębny tekst, może nastę­pnym razem.

Mniej więcej z tych samych czasów pochodzi nasze polskie... „Dziecko Rosemary” Romana Polańskiego. Czy jest ktoś z wykształceniem, co najmniej średnim, kto nie kojarzyłby słynnej kołysanki Komedy z tego filmu? Może nie pamiętać jego tytułu, ale na pewno słyszał ten muzyczny motyw i nucił go pod nosem niejeden raz. Założę się! Idźmy dalej, do bliższych nam czasów – Krzysztof Kieślowki i jego „Trzy kolory”. Czym byłyby te filmy, gdyby nie sugestywna, niezwykle nastrojowa muzyka Zbigniewa Preisnera? Śmiem stwierdzić, że w „Podwójnym życiu Weroniki” Oscara za pierwszoplanową rolę powinno się przyznać właśnie muzyce. Jest tak obecna, skupia na sobie naszą uwagę, że pochłania nas bez reszty – z trudem zauważamy w tym filmie aktorów.

Skoro penetrujemy już muzyczno-filmową twórczość rodzimych artystów nie sposób nie wymienić tu, już niemalże hurtowo, paru innych nazwisk, kojarzonych z polskim kinem. Ale wpierw rodzynek – Jan A.P. Kaczmarek, który ma na biurku najwyżej ceniony w filmie laur – Oscara za muzykę do filmu „Marzyciel”. A teraz: Wojciech Kilar (m.in. polonez w „Panu Tadeuszu”) to instytucja sama w sobie, Seweryn Krajewski (m.in. piosenka przewodnia w „Janie Serce”) radzi sobie wspaniale zarówno jako muzyk estradowy, jak i filmowy, Waldemar Kazanecki dał nam swoją niezapomnianą „wizualizację słuchową” przygód „Janosika” itd. Wracając do zagranicznych twórców pamiętam z ekranu jeszcze nazwisko Nino Roty – nie pomnę tytułów, ale nazwisko tak, i to też o czymś świadczy. Wszystkich wirtuozów filmowych pięciolinii nie wymienimy i nie o to tu chodzi.

Muzyka w filmie jest niepowtarzalnie subtelnym przewodnikiem, który niewidoczny, ale sugestywnie obecny, prowadzi widza po kolejnych scenach i odsłonach. Przygotowuje go zarówno na mocne wejścia twardego jak tytan, nieskazitelnego stróża prawa do jaskini jakuzy, commorry i innej triady, jak i na długo oczekiwane spotkanie Czerwonego Kapturka z babcią. Owa słuchowa wizualizacja pozwala nam wzruszać się w kinie, bardziej niż zwykle to robimy, osiągać stany irytacji i gniewu silniejsze od tych spoza kinowej sali, a gdy zalewa nas fala melancholii, nostalgii i szczerego żalu nad losem bohatera filmu, łzy rzęsiście kapią nam na kolana. Zasługa w tym reżysera? Tak. Aktora? Tak. Ale i kompozytora!

Wszystko co powyżej napisałem ze słuchawkami na uszach, z których cały czas płynęła do mnie muzyka ze ścieżki dźwiękowej z „Ostatniego Mohikanina” Michaela Manna. Była dla mnie przewodnikiem po tym tekście, wprawiała w odmienne emocjonalne stany, dlatego raz byłem napuszony i gniewny jak niedobry wódz Irokezów Magua, by potem dać coś od siebie z delikatnością dzielnego i prawego Unkasa. Ale muzyka się skończyła, nie ma mnie już co nosić po wdzięcznych obszarach filmowego rzemiosła, więc po prostu stawiam kropkę.
The end.

Artykuł opublikowany w magazynie BEDRIFT jesień 2011.

Archiwalia